ARYNA SABALENKA UKRYWAłA ROMANS Z żONATYM MężCZYZNą? JEGO żONA PRZEMóWIłA. Związek Aryny Sabalenki i Konstantina Kołcowa zaczął się w dość burzliwych okolicznościach. Wiele wskazuje na to, że tenisistka zaczęła spotykać się z nim, kiedy był jeszcze żonaty.
Sprawdź jak to zrobić! Można to zrobić, jednak pamiętaj, że nie należy to do rzeczy przyjemnych i prostych. Musisz zrobić to w sposób delikatny, jednak stanowczy. Staraj się nie urazić kochanka, w innym przypadku możesz go rozzłościć a ten będzie szukał zemsty. Aby skutecznie zakończyć romans w pracy należy przede wszystkim
Myślałem, że będzie to długo oczekiwana Red Sonja, ale źle wyliczyłem. Prawdopodobnie wciąż mamy co najmniej dwie kolumny od Mary Jane jako Red Sonja. Warto poczekać!). Dobra, więc, jak wspomniano, Betty pojawia się w mieszkaniu Petera w Amazing Spider-Man #184 (Wolfman, Andru i Frank Giacoia) i opuściła Neda
Poseł Stanisław Pięta i Izabela Pek poznali się w podczas jednej z rocznic katastrofy smoleńskiej. O ich romansie rozpisują się tabloidy - jak informuje "Fakt", polityk PiS-u - "mąż
Romans Ciechowskiego i Potockiej. Grzegorz Ciechowski zapisał się w historii popkultury jako lider i wokalista grupy Republika, z którą wylansował hity, takie jak "Kombinat", "Telefony
Zamiast romansu należało ratować związek to by nie było wyrzutów sumienia, żalu do kochanka no i w przyszłości rozwodu. Gdyby nie romans z żonatym kochankiem to na starość człowiek samotnym by nie był. Mam wrażenie że postępujecie tak jak to powiedzenie a jest jeszcze jakaś szansa aby się samotnością na starość nie
. fot. Adobe Stock, lightwavemedia Wyjeżdżałam ze swojej wsi z wilczym biletem. Byłam bowiem tą, która poderwała żonatego nauczyciela i w dodatku jeszcze zaszła z nim w ciążę. Takich rzeczy tutaj się nie wybacza. To nic, że miałam tylko dziewiętnaście lat, a trzydziestoletni matematyk szeptał mi do ucha czułe słówka i obiecywał, że się dla mnie rozwiedzie! Nie byłam naiwna... Grzegorz od dawna już nie mieszkał ze swoją żoną, która wyprowadziła się wraz z dwojgiem dzieci do swoich rodziców. Ale rozwodu nie miał. Zresztą, nawet gdyby miał, to tylko cywilny, a nie kościelny. A u nas ślub kościelny to rzecz święta. Na zawsze jest zawierany i drugie żony, co to nie szły do ołtarza, nie mają w naszej wsi lekkiego życia. Dlaczego więc zdecydowałam się na romans z Grzegorzem? Po pierwsze zwyczajnie się w nim zakochałam. Po drugie, resztki rozsądku zgubiłam, kiedy obiecywał mi, że wyjedziemy stąd razem. – Ja się już staram o posadę w innej szkole – wymienił nazwę wojewódzkiego miasta, które mnie także kusiło. Położone było dwieście kilometrów od mojego domu – wystarczająco daleko, aby odciąć się od plotek i złych spojrzeń. Nie myślałam wtedy o rodzinie, i o tym, czy się mnie wyrzeknie, czy jednak będą ze mną utrzymywać kontakt. Liczył się tylko ukochany. Taka byłam zaślepiona. Kiedy się kochaliśmy po raz pierwszy, byłam w siódmym niebie. Szybko jednak zeszłam na ziemię, gdy niedługo potem nie dostałam miesiączki. Bałam się kupić test ciążowy, bo wydawało mi się, że jeśli zrobię to w pobliskim miasteczku, to od razu się wszystko rozniesie. A nie miałam jak pojechać dalej, bo roboty w polu był huk! Zwlekałam więc do jesieni, kiedy już sama dobrze wiedziałam, że mój lekko wystający brzuszek to nie jest efekt obżarstwa, tylko ciąża. Byłam w trzecim miesiącu, kiedy w końcu przyznałam się rodzicom, a oni wyrzucili mnie z domu. Dlaczego nie poszłam z tym do Grzegorza? Bo nasza „wielka miłość” skończyła się miesiąc po tym, jak mu uległam. Okazało się, że jego żona odziedziczyła gospodarstwo po wuju i oboje postanowili spróbować jeszcze raz. Wynieśli się więc z naszej wsi i zostałam sama z problemem. Nie miałam nawet jak się skontaktować z ukochanym, bo nie odbierał ode mnie telefonów. Dużo czasy minęło, nim zrozumiałam, że mnie nie chce. Chciał pogodzić mnie z rodzicami Postanowiłam pojechać do miasta, do ciotki – jedynej w rodzinie, która nie miała zaściankowej mentalności. Była rozwódką i moi rodzice uważali, że jest zdemoralizowana. Nie słali do niej nawet kartek na święta, ale ja zapamiętałam jej adres, bo raz w życiu byłam u niej w odwiedzinach. Oczywiście mnie nie poznała, a kiedy się przedstawiłam, zrobiła wielkie oczy ze zdziwienia. – Jestem w ciąży! – wyjaśniłam od razu i więcej nic nie musiałam mówić. Pomogła mi chyba bardziej z niechęci do moich zacofanych, bogobojnych rodziców niż z sympatii do mnie, prawie sobie nieznanej krewnej. Pomieszkałam u niej dwa tygodnie, w czasie których uznała, że jestem niegłupia i robotna. Poleciła mnie więc do pracy swojej koleżance, Wandzie – właścicielce niewielkiego pensjonatu. Byłam tam dziewczyną od wszystkiego, taka „przynieś, wynieś, pozamiataj”. Pracowałam głównie za jedzenie i łóżko do spania, ale jedzenie było bardzo smaczne, a łóżko wygodne, więc nie narzekałam. A że mój pokój był położony w kuchennej przybudówce, to na szczęście, kiedy urodził się Grzesio, nie przeszkadzał gościom i nadal mogłam pozostać u pani Wandy. Mieszkałam i pracowałam w pensjonacie ponad trzy lata. Dobrze nam tam było z Grzesiem, chociaż zdawałam sobie sprawę, że nie ma tam dla mnie przyszłości, a właścicielka traktuje mnie jak swoją własność. Może i nie miałabym siły się zbuntować i odejść, gdyby nie Tomasz. Poznałam go, kiedy robił w naszym pensjonacie remont Miałam pilnować robotników, więc cały czas za nimi biegałam, zwracając uwagę na najdrobniejsze szczegóły. W końcu majster, czyli właśnie Tomek, zaczął ze mną uzgadniać wszystkie sprawy. Sądziłam początkowo, że robi to, bo wydałam mu się kompetentna, ale on się po prostu zakochał. Zrozumiałam to dopiero wtedy, gdy po skończonej już robocie nadal do nas przyjeżdżał, niby na kawę i drożdżówki, które piekł nasz kucharz. Znałam lepsze w mieście, nawet całkiem niedaleko była świetna cukiernia. Pojęłam więc, że nie o te bułki mu chodzi, tylko o mnie. Z mojej strony to nie była taka gwałtowna miłość, jak kiedyś do Grzegorza. Nawet to Tomkowi powiedziałam, bo chciałam być z nim zupełnie szczera. Ale on tylko przytulił mnie mocno i stwierdził, że jego miłości do mnie wystarczy na razie za dwoje. A potem to się zobaczy. Był pewien, że go w końcu pokocham, że będziemy razem szczęśliwi. No i miał rację! Od początku dążył do tego, abyśmy byli zwyczajną rodziną. Postanowił uznać Grzesia za swojego synka i postawił sobie za punkt honoru, żeby pogodzić mnie z rodziną. Do tej pory ani rodzice, ani brat i dwie siostry nie chcieli mnie znać. Przez cztery lata żyłam z dala od nich. Wysyłałam im kartki na święta i zdjęcia Grzesia, ale nie wiedziałam nawet, czy je otwierają. Tomek jednak stwierdził, że na nasz ślub muszą przyjechać, więc zapakował mnie z synkiem do samochodu i zawiózł do rodzinnego domu. Miałam ściśnięty żołądek ze strachu, kiedy tam wchodziłam. Rodzice przywitali mnie z kamiennymi minami, ale w końcu ulegli urokowi Tomasza. Mąż budowlaniec na wsi jest przecież na wagę złota i uchodzi za świetną partię. Także Grześ zmiękczył ich serca. Ujęło ich to, że jest podobny do naszego dziadka jak dwie krople wody. Bo faktycznie synek, jakby na swoje szczęście, niewiele odziedziczył po ojcu. Tylko to imię. Ono było kością niezgody między mną a rodzicami, którzy stwierdzili, że to wstyd na całą wieś nazwać bękarta imieniem kochanka i zażądali, abym je zmieniła. Zgodziłam się. Grzesio był jeszcze mały, nie miał nawet czterech lat, zresztą zazwyczaj i tak nazywałam go zdrobnieniami, a nie właściwym imieniem. Kiedy więc po ślubie przyjęliśmy z synkiem nazwisko Tomka, Grzegorz zmienił się w Aleksandra. Ta zmiana oczyściła atmosferę w mojej rodzinie, duchy przeszłości odeszły w niepamięć. Dzięki temu zmieniłam się nie do poznania. Dawniej byłam zahukaną, zalęknioną dziewczyną, teraz radosną, szczęśliwą kobietą. Miałam wspaniałego męża i synka, oczekiwałam drugiego dziecka i wreszcie odzyskałam rodzinę. Oczywiście odeszłam z pensjonatu, dziękując pani Wandzie za opiekę i pomoc. Mąż znalazł mi pracę w biurze u jednego ze swoich klientów, całkiem dobrze płatną. Wreszcie poczułam, co to znaczy mieć pieniądze i móc sprawiać sobie drobne przyjemności. I nie tylko sobie. Kiedy tylko mogłam, robiłam także prezenty swojej rodzinie, a szczególnie mamie, która po śmierci taty czuła się bardzo samotna. Mieszkał z nią już tylko mój brat, bo obie siostry powychodziły za mąż i się wyprowadziły. Starałam się więc często u niej bywać. Sądziłam, że się z tego cieszy, że między nami jest jak dawniej, że kocha mnie i obu moich synów. Takie przynajmniej sprawiała wrażenie. Jakież więc było moje zdumienie, kiedy po jej śmierci okazało się, że… ja jedna nie dostałam niczego w spadku. Gospodarstwo, kawał pola i las zostały przepisane na Piotra – mojego brata, który miał spłacić każdą z sióstr, tylko nie mnie. Zgodziliśmy się na jego propozycję Byłam w szoku, kiedy zobaczyłam testament. Płakałam przez wiele tygodni. Nie dlatego, że straciłam jakiś majątek, oboje z mężem mamy zdrowe ręce do pracy i możemy na siebie zarobić. Rozpaczałam, ponieważ poczułam się niekochana i pominięta. „A więc oni jednak mi nie wybaczyli!” – myślałam, nie rozumiejąc, jak rodzice mogli być tak dwulicowi. Szczególnie mama, która przytulała mnie pod koniec życia jak za dawnych lat. Może gdyby chodziło tylko o mnie, to nic bym nie zrobiła, ale przecież majątku zostały pozbawione moje dzieci. Uznałam, że dla nich powinnam walczyć. Poszłam do adwokata, tam dowiedziałam się, że jeśli zostałam wydziedziczona, to nic mi się nie należy. Nawet zachowek! Mojemu bratu głupio chyba było w tej sytuacji, bo pewnego dnia przyszedł do mnie i Tomka z propozycją. – Gospodarstwo po rodzicach wymaga generalnego remontu i modernizacji. Budynki się sypią. Jeśli pomożecie mi je odnowić, dostaniecie kawał ziemi i będziecie mogli się na niej pobudować – obiecał. Tomek miał przygotować kosztorys prac, a brat przeliczyć wydatki na remont na metry kwadratowe ziemi, która będzie się nam należała. Dziwna to była propozycja, przyznaję. Ale nam wydała się korzystna. Tomek znał się na swoim fachu i był robotny. Kto inny poszedłby z nami na taki układ, abyśmy mogli zapłacić za ziemię własną pracą, a nie żywą gotówką? Zgodziliśmy się więc. Umowa została przypieczętowana uściskiem dłoni i brat wyznaczył nam plac pod budowę. Zaczęliśmy więc jednocześnie stawiać nasz dom i remontować gospodarstwo brata. To było kilka lat harówki! Kiedy dzisiaj o tym myślę, to naprawdę nie wiem, jak myśmy to wszystko z Tomkiem przetrzymali. Przecież oboje pracowaliśmy zawodowo, a poza tym jeszcze popołudniami i w weekendy na swojej budowie i w gospodarstwie brata. Ciężko nam było, ale cieszyłam się, że się buduję na ojcowiźnie. I choć z pozoru wszystko wyglądało ładnie i pięknie, głęboko w moim sercu wciąż tkwiła zadra i żal do rodziców, że tak mnie potraktowali. – A może po prostu zapomnieli zmienić testament? – pocieszał mnie mąż. Ale ja dobrze wiedziałam, że nie mogło chodzić o przeoczenie. Może tata nie zdążył dopilnować spraw spadkowych, bo zmarł nagle tuż po moim ślubie. Ale mama? Przeżyła go o siedem lat. Nacieszyła się wnukami, wydawało się, że szanuje mojego męża, a mnie znowu pokochała. Nie, ona by nie zapomniała zmienić testamentu. Mijały lata, dom rósł, gospodarstwo brata piękniało. Wreszcie nadszedł ten moment, kiedy brat powinien uznać, że wywiązaliśmy się z mężem z ustalonych zobowiązań i przepisać na nas ten kawałek ziemi, który nam wyznaczył. Ale Piotr nagle coś zaczął kręcić… – Nie podoba mi się jego zachowanie i nie popuszczę – zaczął się denerwować Tomasz. – Niech on mi się nie próbuje z niczego wykręcać. Brat jednak nie tyle się wykręcał, co zwlekał. Zawsze miał coś innego do roboty w gospodarstwie i nie mógł pojechać do miasta, do notariusza. Sama więc także zaczęłam się niepokoić. Czyżby nie zamierzał dotrzymać danego nam słowa? Sąsiad wyjawił mi prawdę Pewnego dnia pojechałam do pobliskiego miasteczka z młodszym synem, do lekarza. W naszej rejonowej przychodni spotkałam sąsiada ze wsi, którego już bardzo dawno nie widziałam. Prawdę mówiąc, ponieważ mało żyję lokalnymi plotkami i nie wiem, co się we wsi dzieje, myślałam, że może się już zmarło staruszkowi. Ale nie! – Joanna – pan Adam poklepał mnie po ręce, kiedy się z nim przywitałam. – Tak się cieszę, moja droga, że cię widzę. Słyszałem od syna, że na dobre wróciłaś w nasze strony i zbudowałaś się na ojcowiźnie. Twoja matka byłaby z tego powodu szczęśliwa. Jego słowa, choć miłe, zdziwiły mnie, bo wiedziałam, że znał dobrze moich rodziców i musiał wiedzieć, że mnie wydziedziczyli. Nie chciałam rozwijać tego tematu, ale nagle przypomniałam sobie, jakie brat zaczął nam robić trudności z przepisaniem tego skrawka ziemi na nas i… łzy same pociekły mi po twarzy. Starając się opanować płacz, zaczęłam opowiadać panu Adamowi, co tak naprawdę się stało. – I co teraz? – żaliłam się. – Piotr najwyraźniej nie zamierza dotrzymać danego nam słowa. Przyjdzie nam się wynieść z własnymi rękami wybudowanego domu i dochodzić sprawy w sądzie? Pan Adam patrzył na mnie, nie kryjąc zdumienia. – Ależ dziecko, przecież ta ziemia ci się należy – wykrzyknął w końcu. – Została ci zapisana w testamencie. Pomyślałam, że niepotrzebnie poruszyłam ten temat ze staruszkiem, do którego najwyraźniej już nic nie dociera. Powiedziałam mu przecież jasno, że zostałam wydziedziczona. – Może w tym pierwszym testamencie, który rodzice pisali dawno, jak wyjechałaś ze wsi. Ale potem matka zapisała ci to, co ci się należało. Jedną czwartą majątku – wykrzyknął słabym głosem. – O czym pan mówi? – zdębiałam. – Wiem, o czym mówię, bo byłem świadkiem. Razem z twoim bratem. Na łożu śmierci twoja matka podyktowała nowy testament. Ja się zresztą po jej śmierci upomniałem u Piotra o twoją ojcowiznę. Powiedział mi, że ci dał, co twoje i zaczęłaś się na swojej ziemi budować. – Ale ona nie jest moja, tylko nadal jego – wyjaśniłam w szoku. – A to drań! Do głowy by mi nie przyszło, że z tego będzie szwindel. Sądziłem, że skoro się budujesz, to już na swoim – wzburzył się pan Adam. I tym sposobem wyszło na jaw oszustwo mojego brata. Tylko on i pan Adam wiedzieli o nowym testamencie mamy, w którym mnie przywróciła jako równoprawną spadkobierczynię. Piotr sądził, że uda mu się zataić nowy testament i uprawomocnić ten wcześniejszy. I pewnie tak by było, ale pan Adam okazał się uparty i dopytywał się stale, dlaczego jeszcze nie objęłam w posiadanie swojej ziemi. Mój brat czuł, że tłumaczenie, iż wybrałam spłatę, by nie przeszło, dlatego obmyślił chytry plan. „Dał” mi mój kawałek ziemi w zamian za pracę Tomka i moją na swoim gospodarstwie. Sąsiad myślał, że zrealizował zapis w testamencie, skoro się buduję. A tymczasem Piotr cały czas liczył na to, że pan Adam wkrótce umrze i jemu uda się ze wszystkiego wywinąć. Ale się przeliczył. Pan Adam słysząc, jak podle postąpił mój brat, pomógł nam w odzyskaniu należnego spadku. Teraz mieszkam na swoim i mam jeszcze piękny kawał lasu po rodzicach. Za to nie mam już brata, bo nie potrafię wybaczyć mu tej podłości. Mąż próbuje mnie pocieszać, jakoś załagodzić sytuację, ale ja jestem nieugięta. Piotr chciał pozbawić mnie mojej własności, i żebym już zawsze żyła w przeświadczeniu o tym, że rodzice mnie nie kochali. To niewybaczalne. Czytaj także:„Obca kobieta chciała mnie wrobić w dziecko i alimenty, bo byłem dobrą partią. Żona wyrzuciła mnie z domu, ale walczyłem”„Jestem na swoim, bo miałem dość szefa. Ale gdy nie stoi nade mną z batem, to zamiast pracować, gram ile wlezie”„Po śmierci męża zalewałam się łzami. Potem na jaw wyszły jego zdrady. On nie jest wart mojego cierpienia”
Związek z żonatym mężczyzną nie znajduje akceptacji ze strony otoczenia, a kobiety, które zostają kochankami często są postrzegane jako femme fatale. Czasem płacą też dużą cenę za romans. - W duchu czułam, że powinnam to wtedy skończyć, ale każdy, kto się kiedyś zakochał, wie jakie to trudne - powiedziała Sandra, która kilka lat temu związała się z żonatym mężczyzną. Naszą rozmówczynią była też zdradzana żona. Co czuła, gdy dowiedziała się o niewierności męża? Co czuje zdradzana żona? "Strasznie to odchorowałam"Kiedy wybucha uczucie i zakochani zaczynają snuć plany na przyszłość, nikt nie przypuszcza, że kiedyś w związku pojawi się ktoś trzeci. W końcu wierność i zaufanie to fundamenty udanej relacji, więc mało kto zakłada, że zostanie zdradzony. Czasem potrzeba wielu lat, żeby dojrzeć do decyzji o rozstaniu i rozpoczęciu nowego etapu. Swoją historię opowiedziała nam Kasia, która dopiero po kilkunastu latach zdecydowała się na rozwód z niewiernym mężem. - Jestem już 5 lat po rozwodzie. Nie wiem, ile razy mąż był mi niewierny, bo trudno komuś takiemu wierzyć na słowo. Ja wiem o 3 kochankach w ciągu prawie 14 lat małżeństwa. Dzisiaj już mówię o tym spokojnie, bo minęło dużo czasu, ale przypłaciłam to wszystko depresją, nerwicą, bezsennością. U nas w domu mąż pracował, a ja zajmowałam się domem i dzieckiem. O pierwszej zdradzie dowiedziałam się jeszcze przed ślubem, ale byłam wtedy młoda i naiwnie uwierzyłam, że to był tylko jeden raz. Drugi raz był kilka lat po ślubie, ale dowiedziałam się o nim, jak już złożyłam papiery rozwodowe. Dopiero wtedy powiedziała mi o tym nasza znajoma. W moim przypadku okazało się, że to prawda co mówią, że żona dowiaduje się o zdradach na końcu. Trzeci raz był już ostatnim, bo powiedziałam w końcu dość. Jak już ktoś był zdradzany, to łatwo mu poznać, że coś się znowu złego dzieje. Widziałam, jak chowa telefon, wychodzi wcześniej do pracy i późno wraca. On się zapierał, że nie ma kochanki, ale jak znalazłam rachunek ze sklepu z biżuterią, to już miałam pewność – powiedziała Kasia. Choć decyzja o rozwodzie była przemyślana to rozstanie z niewiernym mężem odbiło się na jej zdrowiu. - Najpierw strasznie to odchorowałam, byłam na lekach uspokajających, ale w końcu sobie pomyślałam, że koniec z tym. Córka się za niego wstydziła, bo ludzie plotkowali o tym. I widziałam jak ją dużo to kosztowało, miała 12 lat i wchodziła w trudny wiek. I jak powiedziała mi, że wolałaby, żebyśmy się rozwiedli, to postanowiłam, że muszę dać sobie radę sama. Nie chciałam, żeby moje dziecko wyniosło z domu taki wzorzec. Nie chciałam rozwodu z orzeczeniem o winie, bo wiedziałam, że to się będzie ciągnęło latami. Wywalczyłam dobre alimenty dla córki i dzięki pomocy mojej siostry poszłam do pracy. Jego kochanki nie poznałam oficjalnie i udało mi się na prośbę córki wynegocjować, żeby na spotkania mój były mąż przychodził sam. Ale wiem jak ona się nazywa i jak wygląda. Jest sporo młodsza ode mnie. Staram się do tego nie wracać i nie użalać się nad sobą. Od rozwodu jestem sama, ale lepiej się czuje teraz niż w małżeństwie, bo wtedy byłam bardziej samotna. Teraz mam na wszystko czas i jestem szczęśliwa, a już na pewno szczęśliwsza i spokojniejsza niż przed rozwodem – powiedziała czuje kochanka? "Panicznie bałam się, że się wyda"Powodów dla których kobiety wiążą się z żonatymi mężczyznami jest co najmniej kilka. Dla jednych takie rozwiązanie wydaje się być komfortowe – romans oznacza brak zobowiązań, które na niektórych działają jak straszak. Bywa również, że kochanki, podobnie jak żony, żyją w kłamstwie i same nie mają pojęcia, że ukochany prowadzi podwójne życie. Początkowo, w takiej sytuacji była Sandra, która opowiedziała nam o swoim Rzeczywiście związałam się kiedyś z żonatym mężczyzną. To jest dosyć trudne doświadczenie dla mnie i długo nie umiałam o tym rozmawiać. Mojego partnera poznałam na wyjeździe służbowym, pracowaliśmy w tej samej firmie, ale nie mieliśmy ze sobą za wiele styczności, więc wcześniej znaliśmy się głównie z widzenia. Wydawał mi się bardzo zadufany w sobie i jakoś nawet nie miałam ochoty go bliżej poznawać. Ale w nowym miejscu, z dala od firmy jakoś szybciej złapaliśmy kontakt. Drugiego dnia wieczorem całą grupą poszliśmy na miasto. Właściwie cały wieczór rozmawiałam głównie z nim i muszę powiedzieć, że byłam nim oczarowana. Był 8 lat starszy ode mnie i miał dobre stanowisko, a ja dopiero zaczynałam pracę i imponowało mi, jak dużo już osiągnął. Poza tym tak jak ja bardzo lubił podróżować i cały wyjazd opowiadał mi o miejscach gdzie był. Ja pochodzę z małego miasta i nigdy nie poznałam nikogo nie nosił obrączki i nie opowiadał o rodzinie, a ja szczerze mówiąc nie wpadłam na to, żeby o to zapytać. Myślałam, że skoro jest mną zainteresowany, to znaczy, że jest wolny. Po powrocie znalazł mnie na Facebooku i zaczął pisać. Przez pierwsze tygodnie to była zwykła znajomość, to znaczy ja byłam nim oczarowana, ale do niczego między nami nie doszło. Zanim zaprosił mnie na pierwszą randkę minął chyba miesiąc. Wtedy mi się to podobało, że poznajemy się powoli i on na nic nie naciska, nie próbuje przyśpieszyć. Właściwie od pierwszej randki byliśmy już parą. Spotykaliśmy się 2-3 razy w tygodniu, nie licząc pracy, chociaż akurat tam nie spędzaliśmy razem czasu. W pracy powiedziałam o nas tylko jednej koleżance. On też jakoś nie obnosił się, że jesteśmy parą, chociaż wiedział o nas jego kolega z działu – powiedziała Sandra. O tym, że jej partner ma żonę, Sandra dowiedziała się przez przypadek. Jednak mimo to postanowiła dać mu szansę. - W ogóle nie podejrzewałam, że coś może być nie tak, nawet jak gdzieś wyjeżdżał, to nie miałam żadnych myśli, że mnie okłamuje. Ale kiedyś jego koleżanka z działu, opowiadając jakoś historię, wtrąciła anegdotę o jego ślubie. W pierwszej chwili pomyślałam, że jest rozwiedziony, więc nie chciałam robić afery. Ale jak zobaczyłam jego minę, to już wiedziałam, że nie. Powiedziałam mu, że nawet nie chcę słyszeć o tym, że z żoną mu się nie układa, że nic ich nie łączy, bo i tak mu nie uwierzę. Oczywiście chciałam z nim zerwać, ale nie wiem, dlaczego nie zrobiłam tego. Może za to, że zamiast się tłumaczyć i kłamać powiedział wprost, że ma żonę i czuje się z tym fatalnie, ale zakochał się. Mówił, że bał się mi powiedzieć, bo wiedział, że nie będę chciała z nim być. W duchu czułam, że powinnam to wtedy skończyć, bo jak zaufać komuś, kto nie powiedział mi, że ma żonę? Ale każdy, kto się kiedyś zakochał, wie jakie to trudne. Dałam mu czas – pół roku, żeby to skończył, bo inaczej z nami koniec. I z tego pół roku zrobiły się dwa lata. Czułam się okropnie z tym, że jestem czyjąś kochanką i chociaż prawie nikt o tym nie wiedział, to panicznie się bałam, że to się wyda. Poza tym dochodziły takie proste, techniczne sprawy jak wesela czy święta. Wiedziałam, że on nie będzie mógł ze mną iść, a ja musiałam ciągle kłamać dlaczego znowu jestem sama – kontynuowała swoją opowieść Sandra. W końcu po latach czekania, postawiła ukochanemu Historia skończyła się tak, że moja siostra zaszła w ciążę, urodziła synka i cała rodzina, łącznie ze mną oszalała na jego punkcie. I wtedy pomyślałam, że też chcę być już mamą i mieć normalny dom. I powiedziałam mu o tym, że chcę mieć z nim dziecko, ale nie za jakiś czas czy rok, dwa tylko teraz. I jak mi powiedział, że nie jest gotowy, to już wiedziałam, że on się nie rozwiedzie. Nie chcę powiedzieć, że nigdy mnie nie kochał, ale to typ człowieka, który woli tkwić w starym układzie. Tego samego dnia, co z nim zerwałam złożyłam wymówienie w pracy. Przez pierwsze tygodnie dzwonił do mnie, pisał, chciał się spotkać, ale ja już nie chciałam tego dłużej ciągnąć. Przez rok byłam sama i nie umiałam sobie z tym poradzić, że tkwiłam w czymś takim. Im więcej mijało czasu, tym gorzej się z tym wszystkim czułam, przytłoczyło mnie to. Bałam się, że kiedyś mój następny partner się o tym dowie i mnie skreśli, albo, że karma wróci i kiedyś to ja będę zdradzana. Poszłam na terapię, żeby sobie z tym poradzić i lepiej zrozumieć siebie. Chociaż wiem, że czasami ludzie się rozstają dla tej drugiej i są szczęśliwi, ale myślę, że większość osób się oszukuje. Nie mamy kontaktu, ale z tego co wiem, nadal jest z żoną. Jestem przekonana, że ona nic nie wie, że była zdradzana – powiedziała. Trudno jednoznacznie stwierdzić, co sprawia, że kobiety decydują się na romans z żonatym mężczyzną. Być może naiwnie wierzą, że ukochany zmieni dla nich całe swoje życie, albo kierują się sercem, nie dopuszczając głosu rozsądku. Jednak zarówno kochanki, jak i zdradzane żony prócz miłości do jednego mężczyzny, często łączy coś jeszcze - nadzieja, że w jego sercu jest się tą "pierwszą". Zobacz także:Zobacz wideo: Zdrada w wielkim mieścieZdrada w wielkim mieścieŹródło: Dzień Dobry TVNAutor:Martyna TrębaczŹródło zdjęcia głównego: ShaneKato/GettyImages
jak długo trwa romans z żonatym